8 miesięcy w Polsce. Moje obserwacje, Polska vs Bali
- Balistka
- 11 cze 2024
- 6 minut(y) czytania
Dziś post post podsumowujący 8 miesięcy obserwacji życia w Polsce i porównaniu do życia na Bali :) Obserwacje dotyczą kilku obszarów. Od razu zaznaczę, że jest to lekko poroniony pomysł, by porównywać tak inne mentalnie, kulturowo, obyczajowo, religijnie, klimatycznie i td miejsca, to po prostu nie ma sensu. Traktujcie zatem ten wpis jako ciekawostkę i prywatną obserwację Balistki, a niż porównanie, gdzie jest lepiej, a gdzie gorzej.
Wszędzie jest lepiej i gorzej i wszędzie ludzie mają to na co sobie zasłużyli i to, na co sobie nie zasłużyli. Dlaczego o tym piszę? Bo być może wśród Was są osoby, dla których te aspekty są bardzo ważne, więc chcę pokazać, że są miejsca, gdzie jest inaczej. Można w takie miejsca na przykład się przenieść na trochę lub dłużej, a czasami sama świadomość, że może być inaczej pozwala nam łagodniej spojrzeć na niektóre rzeczy i zmienić swoje nastawienie i zachowanie.

Otóż zauważyłam, że w Polsce płynie inaczej czas. Albo na Bali płynie inaczej niż w Polsce, zwał jak zwał. Po tylu latach na wyspie, gdzie długość dnia i nocy są mniej więcej takie same przez cały rok, w Polsce zaczynam czuć się dziwnie przy tak długim dniu :) Normalnie fizycznie czuję, że tak ok 18tej nie mam za bardzo sił na nic i się przygotowuję do snu :) Tu o 18tej mam wrażenie, że słońce wciąż jest prawie w zenicie, a dzień wydaje się nie mieć końca. Na Bali o 20tej jest ciemna noc, a tu muszę stosować zasłony zaciemniające, by położyć dziecko spać. Mikołaj też odczuwa tę długość dnia dość mocno i również jest lekko zdezorientowany.
Kolejną rzeczą jest jasność. Tego światła w ciągu dnia jest zdecydowanie za dużo! :) Wiem, że Wam go brakuje, ze względu na szarówę, ale proporcja światła vs ciemności w okresie letnim jest dla mnie osobiście za długa. Na Bali od 18:30 moje oczy już odpoczywają, a tu nie. Okulary przeciwsłoneczne, które nosiłam na Bali, w Polsce nie dają rady ze względu na długość świecenia w wysokim punkcie. Bliżej równika słońce po prostu porusza się szybciej i nie wali w oczy tak non stop, jak tutaj :) Na dodatek śpię cały czas pod kołdrą i jest mi ciągle zimno, haha, dziś chodziłam w wełnianym swetrze, jak stara babcia, której kości marzną :)
Ze względu na chłód mam dużo mniejszą ochotę na świeże owoce i warzywa. Na Bali jadłam dużo więcej zieleniny, a tu najlepiej rozgrzewający rosołek i jakaś dobra kanapka z herbatką z cytryną. Nie podoba mi się ten stan rzeczy, bo jednak zdrowiej jeść większe ilości świeżych liści, a mi się kompletnie ich nie chce.
Zdałam ostatnio sobie sprawę, że bardzo mi brakuje przytulania.
Na Bali wszyscy się przytulają. Spotykasz znajomych i od razu ciepły misiaczek. Poznajesz kogoś nowego, zazwyczaj witasz się szerokim uśmiechem i przytulasz człowieka. W Polsce ludzie się nie przytulają, to jest bardzo smutne! Przytulanie daje tyle dobrej energii! Działa wspaniale na nasz system odpornościowy i nerwowy, działa niesamowicie na poczucie bezpieczeństwa. Może dlatego ludzie tak kochają Bali, bo czują się właśnie jak w takim bezpiecznym dobrym miejscu :)
Zauważyłam, że jest tu mega ciężko z kimkolwiek się umówić! Ludzie są zapracowani, dzieci są w szkołach do 17tej, więc w tygodniu spotkania odpadają. Na weekendy większość ma plany odwiedzić dziadków, pojechać na weekend w góry lub inne miejsca. Jeśli się nie zaplanuje z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem spotkania, to nici z życia towarzyskiego. To jest bardzo dziwne znowu sobie o tym przypomnieć. Na Bali wiele rzeczy się robi na jakimś naturalnym spontanie, nie koniecznie na weekendy czy wieczorem, również w ciągu tygodnia i w ciągu dnia. Wynika to oczywiście z innego stylu bycia - prawie nikt nie pracuje na etacie, większość sama reguluje kiedy i ile pracuje. Miejscami pracy do kafejki, setki kafejek! Tworzy się już sama w sobie bardzo fajna co-workingowa atmosfera, a ze względu na nieduże odległości i wielkość miast (a raczej wiosek), prawdopodobieństwo, że w ciągu dnia spotkasz kogoś znajomego jest ogromna. Szkoła się kończy o 14:30-15:00, więc czasu z dziećmi też jest dużo więcej. Po prostu więcej tam relacji z ludźmi i łatwiej jest o te relacje.
Ogromnym, chyba największym szokiem był i wciąż pozostaje fakt ilości pijaków, narwanej patologii i miejskiego brudu. Od tego widoku kompletnie się odzwyczaiłam. Nie zobaczysz tego na Bali! Nie ma dresów, kiboli, jakichś agresywnych pijanych kolesi, których starasz się omijać szerokim łukiem ze strachu. W ogóle wrócił mi tu strach na ulicach, bardzo niefajne uczucie. Te małpki rozrzucone po mieście, pety, obszczane chodniki, fujka na maxa! Na Bali najwyżej spotkasz wesołego turystę po pijaku wracającego z klubu, ale zero z tych wielkomiejskich klimatów. To samo dotyczy obsługi w knajpach, mam wrażenie, że tu kelnerzy robią mega łaskę za to, że cię obsługują. Oczywiście są restauracje z bardzo miłą obsługą, zazwyczaj dużo droższe, ale poza tym, ilość nieuprzejmych i pyskatych ludzi w obsłudze jest zaskakująca! Razi to, ponieważ na Bali obsługa jest tak uprzejma, jak nigdzie na świecie. Nie ważne czy jest to droga restauracja, czy uliczna stołówka czy nawet bazar. Ludzie się odnoszą do siebie z szacunkiem, z pozytywnym nastawieniem, nikt nie pyskuje do dzieci, nigdy!
To nie jest tak, że w Polsce jest tak bardzo źle lub nie ma fajnych rzeczy. Są! Po prostu wszystko się poznaje w porównaniu i teraz te różnice widzę dużo bardziej wyraźnie. Bali również ma swoje ciemne strony, pisałam już o tym nie raz, ale tak ciekawie jest obserwować, jak człowiek może zmienić perspektywę patrzenia (i sam się zmienić) po dłuższej nieobecności. Kiedyś myślałam, że jest to niemożliwe, a jednak możliwe.
Mikołajek mówi, że dzieci na Bali są milsze. Nie, że coś z dziećmi w Polsce jest nie tak - nie, tylko to jest perspektywa Mikołaja, który dorastał w innym miejscu, wśród innych dzieci i teraz, po 8 miesiącach w Polsce ma również swoje spostrzeżenia i porównania. Kiedy pociągnęłam temat dzieci, okazało się, że nie wiedział, co to bullying. Nigdy tego nie doświadczył na Bali. Jak kilka razy ktoś go kopnął, to nie wiedział dlaczego, myślał, że to jest jakiś rodzaj zabawy w Polsce, totalnie nie dopuścił do siebie myśli, że ktoś był wobec niego złośliwy. Po prostu nie rozumiał po co być złośliwym. Pomijam też słownictwo i tematy, jakie przynosi ze szkoły. Wiem, że to dzieci i różne mają tematy, ale łącząc je ze sobą zrozumiałam, że poziom płytkości tych tematów, wypowiedzi i słownictwo są tak mocno zaściankowe, stereotypowe, wyśmiewające i negatywne, że szczęka opada. Nie pielęgnuje się tu w dzieciach jakichś wyższych wartości, wciąż bardzo mało się mówi o uważności, empatii, nie uczy się samoregulacji emocjonalnej, rozmowy i tolerancji. Niby te tematy są na tapecie w szkolnictwie i społeczeństwie, ale w praktyce braki są ogromne! Dorośli też sobie pozwalają skrzyczeć cudze dziecko, zwłaszcza na ścieżkach rowerowych. Nie mają w sobie ani centymetra zapasu na elastycznośś, by dopuścić myśl w rodzaju "to dziecko, które się uczy, właśnie próbują mu zaszczepić miłość do tego sportu, który tak wszyscy uwielbiamy. Kiedyś też byłem mały i się uczyłem jeździć. Będę tym fajnym dorosłym, który go przepuści i się uśmiechnie". W zamian jest "zjeżdżaj gówniaku!".
Jeszcze jedna obserwacja jest taka, że ludzie sobie nie mówią miłych rzeczy, nie prawią komplimentów i nie umieją ich przyjmować. Dlatego Polacy są tak zakompleksieni - to są akurat statystyki, jesteśmy na 1 miejscu w Europie, jeśli chodzi o brak pewności siebie. Dlaczego tu ludzie nie mówią sobie dobrych rzeczy? Dlaczego nie mówią, że ładnie wyglądają, albo jak cenią sobie przyjaźń, albo że ten wspólny czas był bardzo wartościowy. Nie ma w ogóle tej szczerości, same small talki, a jeśli się wylewa dusze, to praktycznie zawsze same żale i najczęściej po zażyciu % na odwagę. Jak widzę ładnie ubrane panie na ulicy, to zawsze im to mówię i za każdym razem jest ta sama reakcja - zaczynają się peszyć i tłumaczyć! "Oj wie Pani, to taka zwykła lniana bluzeczka, nic specjalnego", "oj naprawdę, no co Pani wygaduje, syn mi powiedział, że wyglądam jak klaun", "oj wie pani, oj aż mnie pani speszyła, mam takie nieułożone włosy i ta spódnica już stara" i td. Idą za mną i się tłumaczą, wow. To boli powiedzieć drugiemu człowiekowi coś miłego, czy jak, o co z tym chodzi? Przecież to robi jego dzień i wasz dzień dużo fajniejszym i przyjemniejszym, zyskują wszyscy dookoła! Jak się ma coś miłego do powiedzenia, to trzeba powiedzieć.
Ostatnio spotkałam prezydenta Wrocławia i całkiem fajnie sobie pogadaliśmy. Powiedziałam, co mi się podoba w tym mieście, co się zmieniło i widać było, że ten szczery feedback był dla niego ważny, widać było zainteresowanie i wdzięczność, którą wyraził kilka razy. Szczerość się wyczuwa, bądźcie szczerzy, zwłaszcza w mówieniu dobrych rzeczy, a niefajne powiedzcie tylko wtedy, jak was zapytają o zdanie. Ludzie czemuś chętniej krytykują niż dowartościowują. Mam też jedną panią doktor, która jest tak promienna i pozytywna, że za każdym razem spotkanie z nią to przyjemność. I nie, nie jest to psycholog jak coś, zadaniem psychologa jest zrobić tak, byście od niego wyszli w lepszym nastroju niż przyszliście ;) a ta Pani wcale nie musi, po prostu taka jest i powiedziałam jej to. Że ma taką supermoc w sobie, że jest jak promyk słońca. Warto mówić ludziom jakie dobre cechy w nich widzimy, zwłaszcza jeśli są to rzadko spotykane cechy, albo coś, co nam bardzo w tej osobie odpowiada, za co ich lubimy. Jak inaczej to społeczeństwo się dowartościuje? Na Bali ludzie mówią sobie dużo dobrych rzeczy, tam serce rośnie i pewność siebie również.
Za 2 tygodnie lecę na moją piękną wyspę i powiem Wam, że mam troszkę tremę. Od dawna nie opuszczałam Bali na tak długo i się zastanawiam, jakimi oczyma na nią spojrzę. Po powrocie pewnie napiszę podobny post, ale w drugą stronę :) Czeka mnie tam dużo pracy i trochę się boję, bo to akurat jest mocno związane z ciemną stroną wyspy, której baaaardzo nie lubię i która mnie mocno stresuje. No ale zobaczymy, może teraz spojrzę na to inaczej. Albo znowu się upewnię, że nie ma miejsc idealnych :) Tymczasem buźka i do następnego! ;)