Na Bali powinniśmy szukać prawdy o sobie, a nie o Bali
- Balistka
- 2 sie 2024
- 9 minut(y) czytania
Dawno mnie tu nie było, ale tylko dlatego, że tam gdzie byłam ostatni miesiąc, było mi tak źle, i tak dobrze, i tak intensywnie, że szanowałam każdą wolną chwilę. Mówię oczywiście o moim powrocie na Bali po 9 miesiącach nieobecności. To było coś! To było tak niesamowite przeżycie, że ten post będzie długi, więc płyny w dłoń i lecimy.
Ostatni okres w Polsce był tak wymagający i trudny, że leciałam na Bali jak wyciśnięta cytryna, wiedząc, że mam pierdyliard rzeczy do ogarnięcia i bardzo mało czasu. Sama ta myśl już mnie załamywała, a po wylądowaniu na wyspę padało cały tydzień non stooooop. Trafiłam w mega szarówę, wylewające na jezdnie kanały po którym spływa tysiąc jakiegoś g*wna typu woreczki plastikowe, słomki, rozwalone oferingi, fajki, jakieś dziwne liście z patykami i td. I w takich okolicznościach stoisz w długaśnych korkach nogami w tym syfie, bo jedziesz na skuterze (bo szybciej), sam cały mokry pomimo raincoata, a prosto do twojej buzi pierdzi jakiś stary motocykl, bo żadne normy spalin tam nie obowiązują. Welcome to Bali, welcome dodomu. Jedyne o czym wtedy myślałam, to "jak ja mogłam mieszkać w takim syfie?!" Heh, to był pierwszy tydzień. Muszę zaznaczyć, że wtedy też miałam zderzenie z rzeczywistością w postaci zobaczenia na własne oczy kondycji moich domów i w jakim stanie je zostawili najemcy. I że nie będzie to drobne odświeżenie, tylko kolejny pie*lony remont generalny! I doskonale wiesz, że ci wszyscy ludzie, którzy cię otaczają mają tak wakacyjne podejście do pracy i tak kompletnie gdzieś, że ci się śpieszy, że po prostu nie ma szans, że się wyrobisz. Na dodatek papiery firmowe i cały ogrom rzeczy w kartonach na przechowaniu znajomy, które trzeba ogarnąć. I wiesz, że nie możesz zabrać wszystkiego do Polski i każda oddawana, wyrzucana, sprzedawana rzecz, to część jakiejś historii, przeżycia, to ma znaczenie... ale trzeba się z tym pożegnać na zimno tu i teraz. Mało przyjemny dodatkowy ciężar, jak na całą historię, więc tak, pierwszy tydzień był bardzo trudny.

Ten wyjazd został nauczką i balsamem na wiele sposobów. Ale gdybym miała powiedzieć, co najbardziej wartościowego się wydarzyło podczas, to było to pokazanie wielozadaniowości ogromnego fucka. Multitasking, który uprawiamy na co dzień, doprowadza nas do chorób, wyczerpania, problemów psychicznych, problemów w relacjach, powoduje, że ciągle jesteśmy zmęczeni, bo co chwila się przełączamy między zadaniami, co zżera najwięcej energii! To jest wieczna droga przez mękę, wieczne "pod górkę". Któregoś momentu uznałam, że żeby ogarnąć to wszystko i nie zdechnąć, muszę wymyślić nowe podejście. Wydaje mi się, że niektóre uświadomienia przychodzą we właściwym momencie życia - nie da się tego przyspieszyć lub się tego nauczyć. To widocznie był odpowiedni moment w życiu, by uświadomić sobie, że wielozadaniowość mnie zabija. To był moment w łóżku o 5 nad ranem, kiedy już 4ty dzień z rzędu nie mogłam zasnąć przez burzę myśli. Tego dnia wstałam i postanowiłam to wszystko spisać i wiecie co, wyszło mi 4 strony planów, spotkań, organizacji pracy, co dokupić, jakie meble zamówić, jakie dokumenty wysłać, co sprzedać, a co oddać i td. I jak to zorganizować w tych kilku tygodniach. Wiecie, chyba nikt by nie zasnął. Wtedy był moment poddania się - puszczenia kontroli i dania sobie pozwolenia na to, że jeśli się wszystko nie uda zrealizować, to też będzie ok. I to OK było kluczowe! Wtedy postanowiłam, że będę robić rzeczy po kolei, jedna po drugiej i skupiać swoją uwagę TYLKO na tym jednym zadaniu. Nie myśleć, jak rozwiąże inne, nie myśleć, jak tam chłopaki sobie w Polsce radzą, bo to ostatnia chemia Piotrka i nie najlepszy czas na moją nieobecność... ale nie dało się inaczej. Więc sobie też to odpuściłam. Jak tylko odpuściłam i zaczęłam się skupiać na jednym, wszystko zaczęło się układać jak magiczne klocki. Wtedy Bali też zaczęła się wydawać jakaś piękniejsza i słońce nawet wyszło...
Kolejna lekcja była taka, że skupiłam swoją uwagę po raz pierwszy na sobie. Nie na innych, nie na dziecku, nie na przyjaciołach, którzy chcą się spotkać lub Klientach, biorąc równocześnie zlecenia i konsultacje. Nie, postawiłam siebie w priorytecie i robiłam wyłącznie to, na co miałam ochotę. Spotykałam się tylko z tymi, z kim chciałam i zlałam wszystkich, z którymi "wypada". Wybierałam miejsca, gdzie pojechać słuchając tylko siebie, nie podpasowując plaże i hotele pod jakieś place zabaw czy baseny dla dzieci. Mogłam pojechać w miejsca dla dorosłych i zabrać ze sobą innych ulubionych dorosłych, chodzić spać o której mi się zechce, spacerować tak długo, jak będę potrzebowała i milczeć... długo milczeć. I wiecie, co Wam powiem? To jest najszybszy i najskuteczniejszy sposób regeneracji, jakiego doświadczyłam. To najlepsza opcja wypoczynku i w 3 tygodnie, mając tyle na głowie, zregenerowałam się do poziomu jak sprzed choroby Piotrka. Te 3 tygodnie na Bali praktycznie wymazały stres 9 miesięcy najgorszego okresu w moim życiu. Ta wyspa leczy, już nie mam żadnych wątpliwości! I tak do Bali należy podchodzić. Podróż tam to nie tylko wakacje i zaliczenie punktu na liście must see. Podróż na Bali to coś więcej i jestem pewna, że większość z Was rozumie, o czym mówię. Zauważyłam, że na tym blogu są naprawde wyjątkowi ludzie, mega mnie to cieszy.
Miesiąc temu, zostałam oznaczona w poście jakiegoś blogera, którego filmik stał się viralowy, na którym opowiada "całą prawdę o Bali". Ale mnie wku*wił! Pamiętam ten moment, bo był on w jakimś stopniu zwrotny w myśleniu o Bali na szaro. To był koniec tego nieszczęsnego pierwszego tygodnia i jak zobaczyłam ten filmik, to zamiast się zgodzić z autorem (co w sumie byłoby spójne z moim stanem i odczuciami) to się zagotowałam. Że ktoś mi tu narzeka na moje Bali, totalnie nie znając tej wyspy i o co w niej chodzi? Że jakim prawem, siejąc te płytkie bzdety, odbierasz ludziom, które zawsze chciały tam pojechać ich marzenia? Właśnie wykasowałeś te piękne filmowe obrazki, które malowały uśmiech na ich twarzy... Wykasowałeś nie dlatego, że to nieprawda, bo na Bali można przeżyć najbardziej filmowe chwile, a dlatego, że ty tak widzisz świat. Przyjechałeś na Bali z ogromnymi oczekiwaniami, a tu nagle króla nikt nie bawi i pada deszcz. Nie chciało ci się odpowiednio przygotować, albo zobaczyć serce Bali, stwierdziłeś, że jest do dupy i turystycznym koszmarem. U większości osób urodziło się pewnie pytanie: "no dobra, ale on pokazuje na filmikach syf, czemu inni blogerzy kłamią i o tym nie mówią?". Nie mówią, bo to nie jest takie jednoznaczne! Trzeba poznać i zrozumieć Bali, trzeba zawsze pokazać dwie strony i ciężko to wytłumaczyć... To tak samo, jakbym Wam próbowała wytłumaczyć smakuje jagodzianka z cukierni obok mojego domu - nie ma szans, musicie spróbować sami. Jest boska swoją drogą :))
Chcę Wam coś powiedzieć. Wam i wielu innym osobom, które to kiedykolwiek przeczytają.
Najważniejsze, co powinniście zrobić, zanim pojedziecie na wakacje, to zadać sobie pytanie, porozmyślac nad nim kilka dni, po czym dać sobie bardzo szczerą i prawdziwą odpowiedzieć. Pytanie brzmi: "czego ja tak naprawdę chcę i potrzebuję? jak i gdzie mogę to osiągnąć?". Chodzi oczywiście o wakacje, ale polecam zadawać sobie to pytanie jak najczęściej w różnych okolicznościach życiowych ;) Być może potrzebujecie wrażeń, a być może świętego spokoju i z nikim nie rozmawiać przez 2 tygodnie. Być może potrzebujecie się wyszaleć, imprezować, przeżyć romans, a może leżeć całymi dniami na plaży najlepiej nie myśląc o niczym innym, ani o jedzeniu, ani o zwiedzaniu, ani o zakupach - po prostu leżeć. Zapytajcie siebie, czego Wy tak naprawdę potrzebujecie, bo po cholerę jedziecie na urlop, jeśli robicie nie to, na co macie ochotę? Co w ogóle jest wstydliwego w all inclusive? Teraz to koniecznie, jak się jedzie, to trzeba jakieś szkolenie czy warsztaty zaliczyć, a może ja chcę all inclusive i nie ruszajcie mnie! Może akurat w tym roku potrzebujesz właśnie tego, bo jesteś padnięty/padnięta i Twoje ciało chce tylko spać i jeść, a zwiedzać będziesz w następnym roku! Ludzie, odwalcie się od siebie i dajcie sobie w końcu to, czego potrzebujecie! Możecie też osobno pojechać na wakacje, nikt nie każe non stop być w komplecie - można ten czas podzielić, nie bójcie się ze sobą rozmawiać. Mój mąż wie, że raz w miesiącu ja potrzebuje sama wyjechać na weekend. To jest mój czas ciszy i milczenia, regeneracji na jakimś zadupiu, a wtedy wracam szczęśliwa i mam energię na kolejny miesiąc :) On potrzebuje rolek i pojechać gdzieś na moto. Nie zawsze oczywiście się udaje realizować takie wypady, ale próbujcie i najważniejsze nie zapominajcie o swoich potrzebach.
Co próbuję Wam powiedzieć i jak to się ma do Bali?
Otóż Bali to Azja. No tak się stało, że Bali jest w Azji, to jakby nie nowość, tak samo jak to, że w Azji jest brudno. Że ludzie naciągają, trochę kłamią, że wszędzie trzeba płacić, że nie ma edukacji dot plastiku, palenia lub utylizacji śmieci. To taka cecha charakterystyczna Azji. Również to, że w Azji są specyficzne zapachy, wilgotne ciepłe powietrze i jakieś chore psy na poboczach. Ja nie kumam, dlaczego ludzie nagle lecąc na Bali, spodziewają się tam zobaczyć Europę? Bo co? Bo jest drogo, bo jest dużo ekspatów, najlepsze hotele, biby i turystyczna infrastruktura, jak nigdzie indziej na świecie? Ale to dalej Azja i nie można mieć wszystkiego na raz! Dajcie tej wyspie trochę czasu, ten bum ją zaskoczył i zalał dopiero 10 lat temu, i tak sobie nieźle radzą. Bali to też coś więcej, czego nie ma w żadnym innym kraju Azji, czego nie ma nigdzie więcej na świecie. Nigdzie oprócz Bali nie ma więcej Bali. Kraje kontynentalne są mniej lub bardziej do siebie podobne, natomiast Bali jest jedyna w swoim rodzaju i atmosfera, którą udało się tam stworzyć jest wyjątkowa. Po wylądowaniu czujesz jak barki powoli schodzą w dół, a ciało mięknie. To jest podobne do uczucia, jak wracasz z pracy do domu. Czujesz się jak u siebie, czujesz jakiś spokój i bezpieczeństwo. Balijczycy są bardzo neutralnym tłem, są bardzo przyjaźni, nie narzucają żadnych ograniczeń, można po prostu "wejść i żyć". Nie musisz tu jak w krajach na przykład muzułmańskich non stop chodzić lekko spięty i się zastanawiać czy zrobisz coś nie tak, czy wystarczająco się zasłoniłaś albo że nic ci nie grozi. Tu nie chodzi nawet o kraje muzułmańskie albo że ich nie lubię. Podróż do Iranu uznaję za jedną z najlepszych w życiu, tam też się zaręczyliśmy z Piotrkiem. Takie spięcie czuję w Polsce też, na Bali tego nie ma. Ta wyspa jakoś wyjątkowo działa na człowieka i procesy, które w nim zachodzą. Nazwałabym to przyśpieszoną terapią, dla kogoś duchową, kogoś psychiczną, kogoś fizyczną metamorfozą. A może tylko za jakąś jedną bardzo ważną lekcją lub spotkaniem, które odmieni twoje życie na lepsze. Dla mnie to jak jakiś serial i co się wydarzy w następnym sezonie, bo na stówę coś się wydarzy :)
Na dodatek Bali jest bardzo uniwersalna, tam można spędzać czas i budżetowo i luksusowo, i leniwie i aktywnie, a to, jak odbieramy tę wyspę zależy wyłącznie od stanu naszej głowy. Jeśli przyjedziesz na Bali wykończona/wykończony i od razu rzucisz się w jakieś zwiedzanie, to gwarantuje, że zaliczysz rozczarowanie. Daj sobie czas się przestawić i odpocząć, odespać i nastroić na nową strefę czasową, mikroflorę bakteryjną, wilgotność powietrza i długość dnia. To wszystko dla naszego organizmu jest szokiem i wymaga ogromnych zasobów energetycznych. Dajcie sobie po przylocie 3 dni na nicnierobienie nad morzem, a będziecie po tym zwiedzać i patrzyć na Bali innymi oczyma. Przetestowane na sobie i Klientach wielokrotnie. Wyluzujcie z tempem, nie musicie zobaczyć wszystkiego i na pewno nie zobaczycie. Nawet jakbyście tam siedzieli pół roku, to byście nie zobaczyli wszystkiego, co jest warte uwagi, więc wyluzujcie. Róbcie tylko to, na co macie ochotę i odwalcie się od swoich bliskich, jeśli oni też będą chcieli robić to, na co mają ochotę. To jest wypoczynek, nie da się wypocząć na zawołanie innego - człowiek odpoczywa w idealnych DLA SIEBIE warunkach, wyłącznie. Wiem, że większość jeździ w parze, całą rodzinę i tak się nie da. Wyprzedzając rodziców od razu odpowiem na pytanie " tak, to moje dziecko non stop chciało by siedzieć w tablecie i oglądać bajki/grać" - dlatego właśnie mówię o przygotowaniu! Bali ma od groma do zaoferowania dzieciom i nastolatkom, jak poczynicie wysiłek, zrobicie research i zaproponujecie to swoim dzieciom, to uwierzcie, nie będą chcieli tabletu. Zrobienie też im 1 dnia przy ekranie bez limitu nie spowoduje przemiany mózgu w kaszę, bez obaw ;) To są też ich wakacje, dajcie im poczuć, że przynajmniej 1 dzień należy tylko do nich, niech se robią co chcą, niech wiedzą, że mają moc sprawczą ;) Możecie robić sobie takie wspólne dnie, kiedy każdy robi to, na co ma ochotę i nikt tego nie komentuje i nie ocenia.
Przywiozłam ten cały pakiet przemyśleń do Polski, cały czas przebywając w spokojnej pozytywnej energii. Bardzo chciałabym tego nie stracić. Wiem natomiast, że jak tylko zacznie się jakiś zjazd, będę lecieć się "ratować" na Bali. I mam też zamiar ratować innych raz lub dwa razy do roku. Jeśli ktoś z Was czuje głęboką potrzebę zajęcia się sobą, to się odezwijcie. Siedzi we mnie od jakiegoś czasu pewien pomysł i teraz na Bali dostałam tyle znaków, że naprawdę powinnam go zorganizować. Jak tylko dopiszę E-book, od razu się tym zajmę. Jeśli byłam w stanie się wygrzebać z takiego dna, to może jestem też w stanie pomóc innym. I nie, nie będziemy grzebać w głowach, bo od tego są wykwalifikowani psychologowie - my będziemy luzować, doświadczać, ładować baterie, uczyć się słuchać swoich potrzeb i dobrze się bawić ;)
Tymczasem Balilovers żegnam, z niektórymi do jutra i mam nadzieję, że każdy, kto nie był jeszcze na Bali tam wkrótce pojedzie, a każdy kto już był, pojedzie raz jeszcze, ale sami wiecie, że pojedziecie ;) Buziaczki!
ps. Aha, no i tak, ogarnęłam wszystko, a nawet więcej niż planowałam! Mówię Wam, multitasking to zło, róbcie rzeczy po kolei i oddawajcie kontrolę (tylko nie Balijczykom na budowie,lol).